PODRÓŻE

Podróże są TAKIE SE.

Stresujące, bo nowe za każdym razem mnie trochę przeraża. Choć już mniej niż kiedyś. Bo już mam wiele pierwszych razów za sobą, wszystkie przeżyłam i wiem, że nie ma co się bać.
Zawsze jednak, wraz z moim towarzyszem życia – Nieogarem, mam taki stan początkowy: Jak tu się odnaleźć?!
Taki dreszczyk, że inne miejsca, ludzie, język, kuchnia, kultura.
Że akurat tu gdzie jesteś nie mówi się Excuse me tylko Entschuldigung. (Entschudigung jest jednym z moich ulubionych słów, nie wiem skąd ta miłość, ale to słowo niezmiernie mnie bawi.)

Najgorszy jest chyba ten przeklęty transport.

Nie lubię lotnisk, bo są przepełnione ludźmi. I takie przepełnienie ludźmi nie wpływa na mnie dobrze. Nie lubię samolotów w zasadzie z tego samego powodu. Siedzisz w wielkiej puszce, zamknięty z jakimiś obcymi ludźmi kilka godzin i nie masz jak uciec. O zgrozo! A obok ciebie baba, co przy każdym lekkim zatrzęsieniu samolotu trzęsie się cała i ta jej ręka z różańcem też się trzęsie. Myślisz wtedy: Boże, niby ona się modli, ale to ja potrzebuję ratunku!
Chociaż samo latanie jest niesamowite. To, co widzę za oknem nie przestaje mnie fascynować. Te chmury albo morze… albo morze światełek w nocy. Ziemia wygląda wtedy tak uroczo i niewinnie. Jakby nie było na niej ludzi.

Nie lubię też długich podróży samochodem. Mój błędnik nie lubi sensacji, więc zazwyczaj śpię jak zabita po kontrolowanym przedawkowaniu Aviomarinu. Druga opcja to wiercenie się, bo ile można siedzieć. No ja długo nie mogę, bo moje ciało najwyraźniej uważa, że siedzenie to za mało.

Zajebistym elementem podróży jest zwiedzanie.

Lubie włóczyć się po miastach. Przejechać się metrem, przechodzić po deptakach, pokręcić się między uliczkami, podziwiać budynki, robić zdjęcia, usiąść na kawę w oldskulowej kawiarence… TAK SE. Uwielbiam też odkrywać nowe smaki. Moim odkryciem tegorocznej wycieczki do Austrii było Colaweizen, czyli piwo pszeniczne z colą. To było na szczęście miłe zaskoczenie, bo za innymi zaskoczeniami nie przepadam.

Nie ma w podróżach chyba nic lepszego niż widoki. W zasadzie każde, ale wiadomo – te w górach nie mają sobie równych. Góry zimą to jest tak zwany SZTOS. Jak jest śnieg w sensie, bo jak go nie ma to efekt jest taki sam jak jesienią, jakby ktoś się zastanawiał.
W ogóle zima bez śniegu to nie zima. To jakiś zimny suchar.
Tęsknie za śniegiem często i cieszę się, że można gdzieś tam pojechać i się na śnieg załapać. Ta oślepiająca biel jest warta całej tej wątpliwej przyjemności transportu.

Z tego pięknego świata, po którym się podróżuje trzeba wrócić to szarej rzeczywistości. Zawsze mnie to martwi i wprawia w smutny nastrój. Ale się uczę, bo podróże kształcą. Uczę się, że ta szara rzeczywistość też ma swój urok. Taki podstawowy, codzienny, zwyczajny urok.

TAK SE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *