Jedzenie

Na Bogów! Na potęgę Posępnego Czerepu! Napisałam podsumowanie roku w Irlandii Północnej, a nie wspomniałam o najważniejszym. Przecież jedzenie to jest najznamienitszy element mojego lifestylu!

Trzeba mieć szczęście, żeby przeprowadzić się z Pyrlandii do Krainy Ziemniaków.

Jak powiadają, to, co jest Ci pisane zawsze Cię odnajdzie, czy jakoś tak. Wygląda na to, że moim przeznaczeniem są ziemniaki… Królują tutaj na talerzach, jako frytki albo sałatka ziemniaczana. Jakby ktoś był zainteresowany tym, jak funkcjonuje mój fascynujący mózg to napomknę, że pojawiły się w nim właśnie dwie myśli. Pierwsza to wspomnienie bajki o chwytliwym tytule Ziemniak – ostatnie starcie. Druga to najambitniejszy wers Palucha: Każda mama wie, pyry lubią dużo sosu. To by było na tyle z głębokiego wglądu w moje umysłowe purée.

Jedzenie - frytki i ziemniaki
Photo by Dan Counsell on Unsplash

Teraz już wiem, że te wszystkie krowy są tu nie bez powodu.

One dają złoto w płynie, człowieku! Gdyby nie to, to już zapewne byłabym stuprocentowym weganinem. Ale serio – fresh cream! Prawdziwa świeża śmietana, jak się uda zdobyć, to jest DOSKONAŁA, a najdoskonalszy jest jej zapach. Jak otworzyłam taką po raz pierwszy to poczułam lekki aromat krowy. I to nie ten aromat krowy, który unosi się w powietrzu na całej wyspie.

Ubóstwiam też Irish salted butter. Jaysus, słone masło! To jest prawdziwy smak dzieciństwa. Irlandzkie masło smakuje bowiem prawie tak, jak masło, które robiła ciocia Aniela na wsi, ze świeżego mleka. Pomyśleć, że wtedy CHCIAŁAM i wręcz NALEGAŁAM, żeby mnie obudziła o tej 4.00, jak szła doić krowy, żebym mogła jej potowarzyszyć. Unbelievable! Ale warto było, bo potem powstawał najlepszy w całej Drodze Mlecznej twaróg i to pyszne słonawe masło, którego gruba warstwa na kromce chleba wystarczyła, żeby zaspokoić najskrytsze smakowe pragnienia.

Dla ssaków roślinożernych

W Polsce cieszyłam się jak głupia, kiedy do Biedry albo innego Lidla wjechał jakiś 1 (słownie: jeden) wegański produkt. Można też było za 1 000 000 (słownie: milion) złotych nabyć drogą kupna kilka produktów roślinnych w jakimś super-turbo-eko-organic dyskoncie.

A tutaj? Tutaj wjeżdżam na Tesco i idę po vegan cheddar i to nie z palmówy, tylko z oleju kokosowego. Albo pyszny napój kawowy, który jest w skrócie połączeniem cold brew z mlekiem migdałowym. Z kolei wegański bekon nie przypadł mi do gustu, bo za bardzo pachniał… mięchem.

Słodkie ma być SŁODKIE!

Do granic możliwości. Może być mdłe. Musi być kaloryczne. Nawet dla mnie bywa przesadne, choć ja bardzo tutejsze słodycze lubię. Mam swoje ukochane precle w białej czekoladzie i najcudowniejszego na planecie pączka. Pączka, który odmienił moje życie. Na imię mu Biscoff i jest to pączek wypełniony nadzieniem z ciasteczek korzennych, zanurzony w białej czekoladzie karmelowej, popisany lukrem cynamonowym i udekorowany tytułowym ciasteczkiem.

Ja w ogóle słodkośi chętnie pochłaniam, bo mam sweet tooth, jestem amatorem słodyczy. W sumie to zęby na tym zjadłam. Większość czasu nawet pachnę jak pączek, bo tymże aromatem nasiąkam w pracy. Potem nie mogę w spokoju spalić papierosa na ogrodzie, bo zlatują się osy (feckin wasps), które ewidentnie uważają mnie za słodki kąsek. Znaczy się, jestem ciasteczkiem jak cholera, ale wolałabym, żeby akurat ten gatunek tego nie zauważał.

Jedzenie - pączki
Photo by Rod Long on Unsplash

Poza tym, jedzenie tutaj jest KOSZMARNE.

Oczywiście istnieją tutaj zdrowsze produkty i miejsca, gdzie można zjeść dobrze, ale ogół dostępnego jedzenia pozostawia wiele do życzenia. Wszystko jest tłuste i tuczące, ociekające i oleiste. Średnio zróżnicowanie i wątpliwie smaczne. Zauważyłam też, że tubylcy często jedzą jak dzieci. Nie że Bobo Fruta, co mama daje, tylko raczej tak, że masz 10 lat i rodziców nie ma, więc sobie gotujesz, pichcisz, dowodzisz kuchnią, urządzasz ucztę, czarujesz smakami. Czyli jesz płatki z mlekiem lub podgrzewasz gotowca w mikrofali. I tak właśnie żywi się masa Irlandczyków.

Śniadania, te wspaniałe, wartościowe i jakże ważne posiłki, tutaj są okrutne. O English breakfast nawet nie ma co się rozpisywać, bo to jest dla mnie terror na talerzu. Z innych opcji pozostaje roll, czyli nadmuchana glutenowa buła z tłuściutkimi smażonymi dodatkami do wyboru. Niedobrze mi od samego patrzenia na spożywających to z samego rana. Największą wiksą jest jednak dla mnie kanapka z chipsami, czyli crisp sandwich. Ludzie złociści, KANAPKA Z CHIPSAMI. K-a-n-a-p-k-a – z – c-h-i-p-s-a-m-i.

I z tym was zostawię.

TAK SE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *